Pompowanie hossy

            W zeszły piątek mogliśmy obserwować dość intrygujące zachowanie światowych giełd. Po opublikowaniu raportu z amerykańskiego rynku pracy indeksy początkowo zdezorientowane kręciły się w kółko, by wreszcie obrać kierunek północny. Dane były kiepskie, więc wybór wydawał się zaskakujący. Kluczem do zagadki jest powracające do łask hasło „quantitative easing”.

            Z rynku pracy wyparowało kolejne 95tys. etatów, a miało być na zero. Jest to też wynik gorszy niż w miesiącu poprzednim, kiedy rynek pracy skurczył się „zaledwie” o 54tys. miejsc. I co? Amerykańskie giełdy nie przejęły się zupełnie, uroczo i beztrosko kontynuując wspinaczkę w górę wykresów. W normalnych rynkowych okolicznościach sytuacja rozwijać powinna się w przeciwnym kierunku, tzn. słabe dane należałoby traktować jako pretekst do realizacji zysków i ucieczki z rynku przynajmniej części inwestorów, w efekcie zaś do chwilowej choć przeceny akcji. Teraz wszystko zostało jednak postawione na głowie. Kluczem wyjaśniającym te anomalię jest przytoczone w nagłówku hasło „quantitative easing” (QE). Brzmi zagadkowo, ale i mądrze, być może celowo. Na rodzimy język zwrot ten przełożony został jako „luzowanie ilościowe”. Równie enigmatycznie jak orwellowska nowomowa z „Roku 1984”. Co się za nim kryje? Co będzie luzowane i jak luzuje się ilością? Otóż chodzi o politykę pieniężną, a owa ilość odnosi się właśnie do pieniądza. Ponieważ jego ilości w gospodarce nie da się już zwiększyć za pomocą obniżania stóp procentowych (te od dłuższego czasu są już na minimalnym poziomie), FED obrał wariant genialny w swej prostocie, czyli po prostu pieniądze wydrukuje.

            Nie jest to jednak novum, a zaledwie powtórka z niedawnej przeszłości. Pierwszy etap QE zakończył się w marcu i dożywił amerykańska gospodarkę 1,7bln USD. Za świeżo wydrukowane pieniądze kupowane były obligacje rządowe i te oparte na kredytach hipotecznych (nawiasem mówiąc produkcja pieniądza, za który skupuje się swoje własne obligacje wydaje się dość problematyczne). Efekty ekonomiczne były rozczarowująco mizerne: rynek pracy nie potrafi podnieść się z klęczek, rynek nieruchomości nawet nie próbuje, leniwie leżąc plackiem, a prognozy wzrostu PKB na ten i przyszły rok regularnie cięte są w dół (ostatnio z 3,2 do 2,6%).

            Giełda te problemy oczywiście dostrzegła i pod ich naporem dynamiczna i stabilna wcześniej hossa przeszła w tym roku w nerwowe zygzaki. Wobec więdnącego ożywienia FED zdecydował się na kolejny etap stymulowania gospodarki. Ostateczna decyzja ma zostać podjęta na kolejnym posiedzeniu FOMC w dniach 2-3 listopada, ale mizerne dane zasadniczo zwiększają szanse na wznowienie procesu.

           Pomogło, przynajmniej akcjom. To właśnie nawrót QE jest w tej chwili dyskontowany przez rosnące giełdy. Po słabych danych rynki uznały, że uruchomienie pras drukarskich jest już przesądzone, nie wiadomo jeszcze tylko jak długo będą pracować i ile pieniędzy przez ten czas wyprodukują. QE II będzie bowiem wpływał na sytuację na giełdzie na kilka sposobów. Po pierwsze, spora część pieniędzy trafi bezpośrednio na rynki finansowe, co podsycać będzie trwająca hossę na rynku akcji i obligacji. Kolejnym efektem jest dalsze słabnięcie amerykańskiego dolara, które przełoży się na wzrost cen towarów i surowców. Cel podstawowy, czyli ożywienie gospodarcze jest w tej chwili paradoksalnie najmniej ważny, jego efekty pojawiać się będą przecież najpóźniej. Co jednak, jeśli się nie pojawią się w ogóle, a jedynym efektem zwiększonej podaży pieniądza będzie rozbudzony demon inflacji? Jak długo może potrwać hossa pompowana prasami drukarskimi? FED chwyta się przecież metody, która wcześniej nie przyniosła wyczekiwanych owoców, albo zbiory były niezadowalająco liche. Dowodem jest chociażby sam pomysł reinkarnacji QE, który potwierdza tezę, iż amerykańska gospodarka nadal jest w słabej kondycji. Jeśli nie rozbudzi się wystarczająco, by nadążyć za pęczniejącymi rynkami, konieczne będzie gwałtowne dostosowanie cen akcji do gospodarczej rzeczywistości. W skrajnym przypadku objawi się to nawet ryzykiem powstania spekulacyjnej bańki. A bańki mają zwyczaj pękać. Głośno i z impetem.

7 komentarzy

  1. avatar

    pompują, pompują i pompować bedą. bernanke planuje już QE3. praktycznie nie maja wyjscia, albo zaleja rynki kasa, albo ryzykuja deflacje i dlugotrwala gospodarcza stagnacje, jak to jest w japonii. probuja inneratowac sytuacje, a co z tego wyjdzie, to juz inna sprawa. przyszlosc pokaze efekty tego eksperymentu

  2. avatar

    Obecnie oczy rynku zwrocone sa w kierunku posiedzenia Fed 3 listopada (z tego co pamietam) gdzie rynki spodziewaja sie ze zostanie ogloszone rozpoczecie QE. Oczywiscie jesli tak by sie nie stalo to bylby problem i korekta na rynku akcji jednak Fed o tym wie i na pewno takiego psikusa gieldowm nie zrobi.

  3. avatar

    QE jest juz w cenach teraz rynki zyja Chinami i dalszymi probami rzadu tego kraju schlodzenia gospodarki. Jednoczenie naplyw funduszy do rynkow wschodzacych jest rekordowo wysoki taki jaki byl w 2007 roku co swiadczy o przegrzaniu tych rynkow i potencjalnej korekcie.

  4. avatar

    60 czy 600 mld USD co za roznica jedno jest oczywiste Fed drukuje pieniadze tak jak by to byly naklejki na zeszyty. oj zle sie to skoczy.

  5. avatar

    Z tego co wiem Bernanke ku uciesze gieldowej gawiedzi ma wydrukowac jakies 60 mld USD.

  6. avatar

    do końca grudnia prawdopodobnie obserwować będziemy wzrosty na EURUSD. Dobrym pomysłem jest kupno 2-3 misięcznej opcji call

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.